V Zimowy Zlot Pojazdów Historycznych Malechowo 2011.

   Nadszedł czas zimowego zlotu, więc zabrało się nas czworo i pojechaliśmy na dwie osobówki do Malechowa. Jest to zlot przeniesiony z Darłowa który odbywał się 28-30.01.2011. Pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda nowy teren i organizacja. Organizował to szefu Marian (ten sam co organizował zloty w Darłowie) u siebie na terenie jego firmy w Malechowie. Przybyliśmy tam w sobotę, rozbiliśmy się na górce, gdzie nikt inny się nie rozbijał, z widokiem na teren zlotu i z drzewem na ognisko. Misza gotował grochówkę, my polewaliśmy i piliśmy. Większość czasu spędziliśmy w obozie, jakoś nie było zbytnio ochoty iść na dół. Ogolnie podobało nam się, chociaż brakowało tam widoku na morze, piasku na plaży i błota na „Patelni”. W drodze powrotnej zajechaliśmy do Darłowa przejść się po plaży i kupić rybę w porcie. Był to pierwszy zlot u Mariana na firmie w Malechowie, na letni też się pojedzie.

Trzy tygodnie w Polsce – część 2.

Proszę wpierw przeczytać część pierwszą znajdującą się poniżej tego wpisu!!!

   Jak już wspomniałem w części pierwszej głównym powodem przyjazdu do Polski był zlot militarny w Darlowie.

XII Międzynarodowy Zlot Historycznych Pojazdów Militarnych w Darłowie 21.06.2010 – 27.06.2010 (zdjęcia z Sonego).

   I znowu w tym roku udało nam się pojechać do Darłowa na tygodniowy letni zlot, trochę mniejszą ekipą niż w tamtym roku, ale za to bardziej zgraną. Mimo, że było nas mniej to bawiliśmy się równie dobrze, a nawet lepiej niż w tamtym roku.

   Wyjechaliśmy w Poniedziałek około godziny 10 rano, jechaliśmy jak zwykle bocznymi drogami, aby poomijać większe miasta i pooglądać trochę terenu. W Darłowie byliśmy jakoś przed 17. Równo 300 kilometrów jechaliśmy prawie siedem godzin, z prędkością maksymalną 80 km/h, a średnia wyniosła 70 km/h. Dojechaliśmy i przystąpiliśmy do rozbijania obozu. Wyglądał on podobnie do tego z tamtego roku, ale tym razem mieliśmy wielką plandekę kolejową, ktorą przykryliśmy namiot ogrodowy, w ten sposób zbudowaliśmy dużo solidniejszą konstrukcję od zeszłorocznej. Człowiek z roku na rok coś lepszego wymyśli, aż boję się pomyśleć co będzie za rok. Na patelni było już rozbitych kilka ekip, ale wiekszość rozbijała się w dole, bliżej sceny. Dopiero jakoś w czwartek, na polu obok nas zaczeło wyrastać coraz więcej namiotów i zaczeli do nas przyjeżdżać umówieni zlotowicze z Dębna.

   No i w sumie to w czwartek zaczeło się ostre imprezowanie, Mnustwo alkoholu, żarcia i papierosów spożyło się do Niedzieli (z Niedzielą włącznie). Dodam, że w tym roku, były częste spiewy przy gitarze, bo przychodził do nas nie jaki Pastor z gitarą i grał co mu się zapodało, były kompiele błotne i piaskowe, aż przez taką kąpiel trafiłem z kumplem na scenę zlotu, długo żeśmy tam nie postali, bo prezenter zajęty był gadaniem z kimś innym, i potem przeszliśmy przez cały zlot, wszyscy ludzie nas omijali, byliśmy cali na czarno w błocie 😀 Jak się bawić to na całego i tak się bawiłem, że mój aparat Sony popływał trochę w błocie, może coś z niego jeszcze będzie. Nasz sprzęt grający o nazwie Patataj 2010 dawał czadu, ale zlotu nie przeżył, którejś nocy został spalony w ognisku 😀

   Jeśli chodzi o sprzęty zlotowe, to było ich sporo, można powiedzieć, że było jakby mniej zlotowiczów, ale sprzetu było jakby więcej. Od motorów Polskich jak Sokół, po zagraniczne, lekkie pojazdy militarne Rosyjskie, Amerykańskie, Niemieckie i Angielskie, cieżkie pojazdy typu Tatra, Ural, były także cieżarówki Amerykańskie wykorzystywane w wojnie w Wietnamie, było sporo pojazdów gąsiennicowych które jeździły po patelni, w tym roku były trzy helikoptery, którymi można było się przelecieć za nie małą opłatą, no i jeszcze wiele innych wynalazków.

   W tym roku jedliśmy niczym burżuje azjatyccy 😀 Mieliśmy rybę wedzoną, rybę w occie, rybę z grila, małże, ośmiornice, krewetki, HOMARY, ślimaki, sarninkę i rosołek z koguta który znosił jajka 😀 Wszystko się przejadło i było bardzo smaczne, popiło się wódką i wysrało w kiblu. Tyle z tego jedzenia.

   Nadeszła niedziela i koniec zlotu. Trzeba było się zbierać, choć nie bardzo się chciało po balowaniu do rana. Jakoś żeśmy powstawali i zwineliśmy manele, co miało zostać to zostało na petelni (namioty), może w następnym roku rozbijemy się w tym samym miejscu i poznajdujemy jakieś fanty z poprzedniego roku jak to było w tym roku (znaleźliśmy nasz kieliszek i widelec). Droga powrotna bez przygód się nie obyła, najpierw urwał się wiatrak od pompy wodnej w Uazie i trzeba było wyciągać całą chłodnicę aby to naprawić, potem zagotował się bus i Uaz nie chciał jechać, bo nie miał prądu, ale żeśmy dojechali około godziny 20 do Dębna.

  Kupmle pojechali na zlot do Lipian, ja niestety musiałem być w Niemczech, ale jeszcze przed nami zlot w Bornem Sulinowie w sierpniu. Pożyjemy zobaczymy, może się pojedzie.