sie 31
311 kilometrów Odry w 8 dni.
Plan miał być taki: znajomi z Żar płyną tratwą po Odrze od Soboty z Brzegu Dolnego, ja wiozę Miszę z żoną w Niedzielę rano gdzieś daleko w górę Odry tak, aby Misza z żoną mógł dołączyć do spływu swoją łódką. Następnie ja wracam autem wzdłuż Odry do Piątku i odbieram Miszę z nie wiadomo jakiej miejscowości, bo Misza ma w Sobotę być w robocie, żona Miszy miała być w pracy w środę i miała wrócić do domu jakąś komunikacją. Plany się pomieszały i było tak:
Dzień pierwszy – Niedziela 14 Sierpnia.
Misza rano wraca z pracy, pakujemy auto i jedziemy gdzieś za Legnicę, aby dołączyć do kolegów z Żar gdzieś na Odrze. W czasie jazdy ustanowiliśmy już gdzie Misza z żoną będą się wodowali. Było to na 320 km Odry (kilometry Odry są liczone od źródła do ujścia, a nie tak jak w przypadku Warty od ujścia do źródła) na wysokości wśi Domaszków. Chłopaki z Żar wystartowali dzień wcześniej i już płyneli, więc nie trzeba było długo na nich czekać. Misza po rozłożeniu swojej łódki dołączył do tratwy i popłyneli dalej z prądem rzeki. Dodam, że Odra w tamtym rejonie jest o połowę węższa niż w naszych rejonach. Ja pojechałem Passatem wzdłuż Odry zajeżdżając w wioskach położonych nad Odrą nad wodę czekając na nich i tak co wioskę. Pierwszą nockę po przepłynięciu dziewięciu kilometrów zrobiliśmy przed miastem Ścinawa na 329 km Odry. W nocy nie można było odpędzić się od komarów.







Dzień drugi – Poniedziałek 15 Sierpnia.
Szybka pobódka, śniadanie i odbicie od brzegu, przepłynięcie trzech kilometrów i przybicie do portu w Ścinawie, aby uzupełnić zapasy napoi i żywności. Ja w Ścinawie byłem autem, także podwiozłem marynarzy do sklepu. Po krótkim przystanku i rozmowach z tubylcami odbili i popłyneli dalej. Ja samochodem pojechałem do Chobieni (350 km Odry) gdzie jest przeprawa promowa i tam czekałem na nich kilka godzin. Najpierw na horyzącie zobaczyłem kajakarzy ze Ścinawy, którzy mi powiedzieli, że nie dalej jak pół godziny temu mijali tratwe, więc po dluższej chwili wyłoniła się zza zakrętu tratwa. Misza na silniku swoją łódką podplynął do mnie wcześniej, aby wyprostować nogi. Tratwa przepłynęła obok promu, Misza popłynął, a ja pojechałem dalej. Misza przekazał mi informację gdzie będziemy nocowali tym razem. Nocowaliśmy na wysokości wioski Chełm (358 km Odry), gdzie ja pojechałem tam wcześniej szukać starorzecza i miejsca do obozowiska. Jakoś nie cała godzina minęłą i zobaczyłem Miszę na łódce, który odpłynął daleko od tratwy, aby się gdzieś przespać, a okazało się, że jest blisko kanału, gdzie będziemy spali wszyscy. W Chełmie za wałem przeciw powodziowym mieszkał kolega chłopaków z tratwy, który przyjechał do nas na wieczór. Wieczorem troszkę popadało, co dało nam fajny zachód słońca z tęczą i mniejszą ilość komarów.









Dzień trzeci – Wtorek 16 Sierpnia.
Po porannym ogarnięciu, chłopaki odpłyneli dalej zostawiając mi skrzynkę butelek po piwie, abym wymienił ją gdzieś po drodze na pełną. Z ich prowiantem zajechałem do wsi Leszkowice (366 km). Po kilku godzinach czekania tratwa przybiła do mnie po zapasy. Zjadło się obiad i ruszyło w dalszą drogę. Dzisiaj miałem zawieźć Magdę do domu, bo w Środę miała isć do pracy. Chłopaki płyneli do Głogowa (395 km), aby spotkać się ze znajomymi, na początku myślałem, że z tamtąd pojadę z Magdą do Dębna i wrócę z powrotem dołączając gdzieś nad Odrą do tratwy, ale po przeanalizowaniu map wyszło mi, że ja mam do Głogowa 10 kilometrów drogą, a chłopaki mieli około 30 km Odrą co dopłynięcie zajęło by im ze 4-5 godzin, to ja za ten czas dojechał bym do Dębna i zaczął już wracać zpowrotem. Zabrałem Magdę kawałek za Leszkowicami i pojechałem do Dębna. Chłopaki popłyneli dalej. Ja w Dębnie ogarnąłem się i zadzwoniłem do mojego ojca, aby mnie zawiózł do chłopaków i spędził z nami nockę, bo miał jeszcze dzień wolnego. Umówiliśmy się z chłopakami, że spotykamy się w Bytomiu Odrzańskim (416 km)w porcie i tam będziemy nocować. Ja z ojcem dojechaliśmy już za szarówy, a chłopaki płyneli jeszcze około godziny Odrą po ciemku. Po zabiciu do portu zaczęła się lekka popijawka. Tej nocy nie było komarów.




Dzień czwarty – Środa 17 Sierpnia.
Po nocce w Bytomiu odbiliśmy od portu i popłynelismy dalej z nurtem rzeki. Ojciec pojechał w stronę domu zajeżdżając do Nowej Soli (429 km), aby zobaczyć jak przepływamy przez port. My po drodze zatrzymaliśmy się w Starej Wsi (427 km) przy przystani kajakarskiej. Na kilometrażu mieliśmy napisane, że jest tam winnica, więc chłopaki poszli i kupili winko. Zapłyneliśmy zrobić kółko po porcie w Nowej Soli, aby zobaczyć czynną stocznię statków rzecznych. Zrobiliśmy kółko i popłyneliśmy dalej z prądem. Płynąc dalej widzieliśmy zabytkowy most kolejowy konstrukcji idealnie podobnej jak most w Siekierkach. Nocowaliśmy gdzieś w polu między Nową Solą a Milskiem, dokładnie to nie wiem gdzie. Następna noc z komarami.












Dzień piąty – Czwartek 18 Sierpnia.
Od samego rana musieliśmy się uporywać z brakiem alkoholu, piliśmy wodę jak zwierzęta. Przy promie w miejscowości Milsko (450 km) chcąc dopłynąć do brzegu, aby zajść do sklepu, zatrzymaliśmy się tratwą na główce, musieliśmy więc wszyscy zejść z tratwy i wypchać ją na wodę. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że i tak nie było tam sklepu. Dopiero o godzinie 15.20 chłopaki w Cigacicach (471 km) poszli do sklepu i w ten sposób skrzynakę piwa wypiliśmy na ławce przy porcie, potem chłopaki poszli po drugą i popłyneliśmy dalej. Spaliśmy gdzieś między Cigacicami, a Pomorskiem (478 km). Ubierając się w długie ciuchy znalazłem pod plecakiem 2 litry piwa, co chłopaków zdziwiło, ale zostawiliśmy je na następny dzień. Komary były.








Dzień szósty – Piątek 19 Sierpnia.
Z racji, że komary nie dawały spać nad ranem wyplyneliśmy na wodę przed siódmą godziną, przepłyneliśmy kilka kilometrów i zatrzymaliśmy się przy starym promie w Pomorsku, aby pójść do sklepu. Trochę tam zabawiliśmy i popłyneliśmy dalej ku Krośnie Odrzańskiemu (514 km), gdzie Misza miał zakończyć spływ (w sobotę miał do pracy), a zamiast jego wieczorem na tratwę wsiadł mój ojciec. Była też jeszcze jedna zmiana – za Bogdana z Żar wsiadła Asia – Piotrka żona. Nocka była w Krośnie Odrzańskim. Komarów nie było. W Krośnie widzieliśmy ciekawy wodowskaz kamienny na którym zaznaczone były stany powodziowe.






Dzień siódmy – Sobota 20 Sierpnia.
W planach mieliśmy zobaczyć ujście Nysy Łużyckiej (542 km) i przepłynięcie się kawałkiem Odry granicznej. Z Krosna wypłyneliśmy jakoś po ósmej godzinie, a na ujściu nysy byliśmy około siedemnastej. Myślałem, że te ujście będzie jakieś większe, a nie różniło się zbytnio od ujścia Myśli do Odry. Popłyneliśmy jeszcze kawałek Odrą i staneliśmy na nocleg blisko miejscowości Rąpice (około 555 km). Tratwiarze kończyli tam spływ, w Niedzielę mieli rozkładać tratwę i miał po nich przyjechać samochód. Nocka była pożegnalna z komarami.




Dzień ósmy – Niedziela 21 Sierpnia.
Piękny mglisty poranek nas obudził. Zjedliśmy śniadanie, ekipa z Żar zaczęła rozkładać tratwę, a ja z ojcem pakowaliśmy swoje bety na łódkę Miszy, aby popłynąć Odrą dalej do Porzecza (631 km) gdzie miał nas odebrać Misza. Pożegnaliśmy się z Żarakami i popłyneliśmy na silniku ku domu. Po drodze mijaliśmy nie ukończony most nad Odrą, jakąś starą fabrykę po niemieckiej stronie, pchacz który płynął pod prąd i zrobił nam falę, która wlała nam się trochę do łódki, mój aparat przyjął wtedy sporą dawkę wody i trochę przestał działać (ale już działa), fajne urwisko nad samą wodą, nastapnie mijaliśmy most graniczny w Świecku, Słubice i Frankfurt nad Odrą, niemiecką wioskę Lebus nad samą Odrą i Kostrzyn nad Odrą, a potem zaczeły się już nasze tereny, mieliśmy już blisko do domu.










Odra jak dla mnie jest dużo ładniejsza rzeką od Warty, najpierw wąska, potem coraz szersza, brzegi ładniej zalesione niż nad Wartą, więcej miejscowości przybrzeżnych chociaż ruch wodny jest znikomy. Tratwa to zajebista sprawa, można się swobodnie po niej poruszać, wyprostować nogi, przespać się na łożku, ugotować obiad, nie trzeba się martwić, że się przewróci jak łódka, normalnie cudo. Na następny rok też budujemy tratwę i coś słyszałem, że będzie Wisła.
Brak komentarzy/Napisz komentarzlip 26
Spływ „Tajlandią” po Warcie i Odrze.
Po zeszłorocznym spływie tratwą naszedł nas pomysł, aby i w tym roku też zrobić jakiś większy spływ. Skontaktowaliśmy się z ekipą z Żar i Konina czy byli by na coś takiego chętni, powiedzieli, że też zbudują tratwy i spłyniemy rzeką Wartą startująć gdzieś między Poznaniem a Koninem. Ostateczny termin spływu poznaliśmy jakiś miesiąc przed samym spływem, a miejsce startu trzy dni przed wyjazdem. Miał być spływ trzema tratwami z Śremu do Porzecza nad Odrą. My tratwy nie robiliśmy, bo na początku mieliśmy mało chętnych do spływu, więc zrobiliśmy naszą „Tajlandię” ze starej krypy po jakiejś angielskiej łódce, dopiero kiedy znany był już termin spływu okazało się, że bedzie nas płynąć pięciu. Było już za późno na nazbieranie materiałów na budowę tratwy to musieliśmy wziąć dodatkową łódkę bagażową i kajak. Przedstawiam zdjęcia z Canona 40D i Sonego HX-5. Panoramki są do powiększenia po kliknięciu.
Dzień pierwszy – Poniedziałek 18 lipca.
W dzień wyjazdu udało nam się znaleźć tanią lawete i kierowce do transportu nas i naszej „Tajlandi” do Śremu. Około godziny 8 rano już byliśmy u Miszy na podwórku, tam zwoziliśmy wszystkie bety, które mieliśmy zabrać na spływ. Jeszcze trzeba było pojeździć trochę po sklepach, by zrobić jakieś świeże zakupy i mogliśmy się pakować na lawetę. Po spakowaniu łodek i kajaka nadszedł czas na bety i w ten sposób wyjechaliśmy z Dębna w stronę Śremu około godziny 11. W Śremie byliśmy około godziny 16, tam zwodowaliśmy łódki i zaczeliśmy organizować przestrzen bagażową. W między czasie czekaliśmy na znajomych z Konina, którzy mieli przyjechać z tratwą, a przyjechali z łódeczką. Znajomi z Żar już płyneli swoją tratwą, bo nie wytrzymali i wystartowali dzień wcześniej gdzies przed Śremem. Po zorganizowaniu się wypłyneliśmy na wodę na 291 kilometrze rzeki Warty (291 km do ujścia rzeki). Na wodzie zrobiliśmy jeszcze lekką organizację przestrzeni i zaczeliśmy szukać miejsca na nocleg. Nocowaliśmy kilka kilometrów za Śremem gdzie dopłyneli do nas koledzy tratwą.









Dzień drugi – Wtorek 19 lipca.
Po ogarnięciu się po wieczornej imprezce zaczeliśmy płynąć dalej. Korzystając z ładnej pogody nie obyło się bez kąpieli w Warciance i robieniu zdjęć Sonym z obudową podwodną. Warta w niektórych miejscach na środku koryta miała wody po pas, aż czasami byłem zdziwiony, że takie płytkie jest koryto szlaku żeglownego. W między czasie badaliśmy tratwę znajomych która była trochę większa od naszej z poprzedniego roku. Drugą noc przespaliśmy na wysokości miast Niwka-Puszczykowo tj. około 263 kilometra rzeki. Dziś na kolację mieliśmy zupę ogórkową na sarninie.















Dzień trzeci – Środa 20 lipca.
Dnia trzeciego w planach mieliśmy przepłyniecie Poznania i za nim szukać miejsca na nockę. Wiózł nas na spływ nasz kolega Koliber, który miał z Grzybkiem jechać tego samego dnia do Poznania do naszej koleżanki Julity, a więc tak się zgadaliśmy, że czekali na nas w Poznaniu pod mostem Królowej Jadwigi na 244 km rzeki. Zacumowaliśmy do nich pod mostem, zabraliśmy prowiant kupiony przez nich, porozmawialiśmy chwilę, parę fotek i na wodę, bo czas nas goni. Przepływając przez Poznań nie było nawet dobrego nabrzeża, aby się przycumować, musieliśmy cumować się do szpadla i siekiery wbitej w ziemię. Żółty ponton zlaleźliśmy gdzieś przed Poznaniem w krzakach, przycumowaliśmy go do naszej łódki i płynął trochę z nami. Kiedy już znaleźliśmy odpowiednie miejsce na nocleg za Poznaniem zobaczyliśy dwóch kajakarzy płynących za szarówy. Zawołaliśmy ich, aby nocowali z nami. Okazało się, że byli z Konina i płyneli do Berlina kajakami. Jeden z nich na podstawie spływu miał pisać książkę o Warcie itp. Wymieniliśmy się z nimi kontaktami i chłopaki z rana popłyneli dalej. W ten dzień zaczął padać deszcz.






Dzień czwarty – Czwartek 21 lipca.
Jak w nocy zaczął padać deszcz tak już w dzień prawie nie przestawał z tąd mała ilość zdjęć przez nastepne dwa dni. Odbiliśmy trochę od tratwy na silniku aby napchać strój OP2 liśćmi z brzegu Warty, nie zabrakło przy tym upychaniu dobrego humoru. Tego dnia dopłyneliśmy do miasta Oborniki na nocleg. Padało już cały czas, byliśmy przemoknięci i zziębnięci. Chłopaki z tratwy byli z dziećmi i postanowili zwijać sie w Piątek z rana do domu. Wiec zostaliśmy my i kolega z Konina, bo jeden już w Poznaniu się zawinął do domu. Tego wieczoru mieliśmy imprezę pożegnalną i tego wieczoru mój śpiwór prawdopodobnie wpadł do wody i gdzieś popłynął. Oborniki leżą na 205 kilometrze rzeki, więc mieliśmy jeszcze jakieś 225 kilometrów do spłynięcia.



Dzień piąty – Piątek 22 lipca.
Całą noc i cały piątak padała mrzawka. Rano dowiedzieliśmy się, że kolega z Konina dalej z nami nie płynie, bo niby ma dziurę w kadłubie swojej łódki. Cały czas płyneliśmy na silniku, cały czas pod plandęką, wszystkie posiłki robiliśmy na łajbie. Gonił nas czas to płyneliśmy chyba z 10 godzin aby nadrobić kilkadziesiąt kilometrów. Tego dnia szukaliśmy noclegu dużo przed Skwierzyną, bo pamiętaliśmy z tamtego roku, że jak się skończy las przed Skwierzyną tak już do samej Skwierzyny będą pola, a my przemoknięci chcieliśmy rozpalić duże ognisko aby się ogrzać. Dodam jeszcze, że wyprzedziliśmy naszych kajakarzy, stali oni na jakiejś marince i czekali aż mrzawka przejdzie.



Dzień szósty – Sobota 23 lipca.
Całą noc i do południa padała mrzawka. Wystartowaliśmy z rana, aby robić te kilometry na silniku. W Skwierzynie zatrzymaliśmy się na marinie, by uzupelnić zapasy paliwa, jedzenia i napoji alkoholowych. W planach było przepłynąć Gorzów Wielkopolski i gdzieś na terenie Parku Narodowego szukać miejsca na nocleg. Znowu cały dzień płyneliśmy na silniku, ale przynajmniej było trochę słońca, które wysuszyło nam prawie cały bagaż. Przepłyneliśmy Gorzów i gdzieś na 33 kilometrze Warty znaleźliśmy miejsce na obóz. Już wcale nie padało, było bezchmurne niebo, idealna pogoda na spływ.



Dzień siódmy – Niedziela 24 lipca.
Niedziela, piękny poranek, całkiem nie daleko do Odry. Można było spokojnie zjeść śniadanie na lądzie i napić się czegoś ciepłego. Płyneliśmy już przez Park Narodowy „Ujście Warty”, po lewej i prawej stronie same pola, na polach krowy i ptaki. Dopływając do Kostrzyna lekko ucieszyło się oko, że już jesteśmy na swoim i mamy jeszcze ze 25 kilometrów do Porzecza. W końcu wpłyneliśmy do Odry, rzeki nam bardziej znanej w naszym rejonie. Ale niestety już to były ostatnie kilometry naszego spływu. Po dotarciu do Porzecza zaczeliśmy się zwijać.





Podsumowująć przepłyneliśmy jakies 290 kilometrów Wartą i z 20 Odrą. Trzy ostatnie dni płyneliśmy na silniku na niskich obrotach, aby nadrabiać kilometry. Dwa całe dni padała mrzawka. Myślę, że mieliśmy stanowczo za dużo bagażu, bardzo dużo rzeczy było nie używane. Płynąc widzieliśmy wspaniałe widoki, dużo ciekawych przywodnych budowli. Nie zabrakło też śpiewów przy gitarze i dużej dawki dobrego humoru. Te siedem dni były trochę męczące przez tą pogodę, ale jakby trzeba było to i tak dali byśmy radę dopłynąć do Porzecza, a nawet jeszcze dalej. Według GPS-a w aparacie zaczeliśmy spływ na 58 m.n.p.m, a skończyliśmy na 4.7 m.n.p.m (nie wiem czy te dane są poprawne). Miło było, a teraz czas się zabrać za filmik ze spływu, który może wstawie na stronę później. Na następny rok planujemy spływ Odrą.
2 komentarze/ylip 25
Zlot Pojazdów Militarnych w Lipianach 8-10.07.2011.
Jako, że mamy blisko do Lipian, to wybraliśmy się tam na zlot. Koliber przyciągnął swojego Uaza na lewecie ponieważ chciał dojechać silnik i sprzedac auto. Pierwszy raz od kiedy jeżdżę na zloty pojechałem na paradę pojazdów militarnych, nie było źle choć nastaliśmy się trochę w korkach i chyba z godzinę na rynku głównym w Lipianach. Po powrocie do obozu trzeba było trochę pojeździć po placu. Misza miał kajak, więc popływaliśmy po zlotowym bagienku. Kolibrowy Uaz okazał się bardzo twardą sztuką i nie dał się zajachać, ale pod koniec zlotu zostaliśmy uderzeni w bok i takim oto sposobem Koliber Uaza nie sprzedaje, bo silnik chodzi, a bok do klepania.































